Do czego wracać z emigracji?

Ostatni weekend spędziłam na Polish Economic Forum, ponoć największym poza granicami kraju wydarzeniu dotyczącym polskiej gospodarki. Co ciekawe organizują go studenci. Garstka dwudziestolatków potrafi znaleźć bogatych sponsorów, ściągnąć z Polski na panele dyskusyjne prezesów największych firm i banków, zachęcić London School of Economics do użyczenia miejsca i swojej nazwy i zrobić wydarzenie na pół tysiąca uczestników. Chapeau bas.

Większość chce wracać, ale...
W tym roku organizatorzy przeprowadzili wśród uczestników Forum (czyli studentów najlepszych brytyjskich uczelni) ankietę czy zamierzają wracać po studiach do kraju. Większość odpowiedziała, że tak. Nie dziwię im się. Gdybym miała dwadzieścia kilka lat, stanąłby przede mną prezes wielkiego banku i zachęcał do powrotu do kraju, pewnie też bym mu uwierzyła. Zwłaszcza, gdybym opowiadał, jakie wielkie możliwości rozwoju są w ojczyźnie, że w zawodzie pensja w Polsce podobna jak ta w Wielkiej Brytanii, a koszty życia dużo niższe. Nic tylko pakować manatki. Tak też planuje większość uczestników Forum. Skończyć studia, może trochę popracować w Londynie jako konsultant, finansista, czy prawnik, a potem wrócić na ojczyzny łono.

Większość, ale nie wszyscy. Na Forum spotkałam małżeństwo młodych naukowców. Na moje pytanie czy, jak reszta, chcą wrócić do kraju, usłyszałam " A do czego mamy wracać?".
Co na nich tu czeka?
No właśnie, do czego? Czy w Polsce ktoś na nich czeka, tak jak banki i firmy konsultingowe czekaja na absolwentów LSE? W Anglii oboje dostali pracę naukową zgodną z ich wiedzą i talentami. Młoda lekarka jest w zespole, który pracuje nad hełmem z elektrodami, dzięki któremu będzie można szybko ocenić jaki udar przeszedł pacjent. Dziś trwa to około godziny. Z ich wynalazkiem ma to zająć kilka - kilkanaście minut. Na razie eksperymentują na szczurach, a wyniki są obiecujące. A w Polsce? Zaproponowano jej wolontariat w szpitalu.

Biochemik w końcu ma pieniądze na badania. Grant jego szefa do podziału na trzy osoby wynosi 10 mln funtów. To tyle, ile wynosi dwumiesięczny budżet naukowy całego Uniwersytetu Warszawskiego! - Więc do czego mamy wracać? - pytali mnie. Nie potrafiłam odpowiedzieć.

Brytyjczycy finansują Polaka
W tym miejscu aż chciałoby się wylać kubeł pomyj na państwo polskie, że traci takich ludzi. Jeśli już chcesz przechylać wiaderko, wstrzymaj się na sekundę. Okazuje się bowiem, że to nie budżet Zjednoczonego Królestwa finansuje polskiego biochemika. 10 mln grant pochodzi z Wellcome Trust, prywatnej fundacji zajmującej się finansowaniem badań medycznych. Prawie 80 lat temu niejaki Henry Wellcome część swojej fortuny zbitej na produkcji leków przekazał na stworzenie takiej instytucji. Z czasem zatrudniono najlepszych menadżerów, aby pomnożyli majątek fundacji. Kolejne miliony dorzucali kolejni przedsiębiorcy.

W efekcie powstała jedna z największych na świecie instytucji finansujących badania naukowe. Powstała z prywatnych pieniędzy, a nie państwowych! To brytyjscy przedsiębiorcy finansują młodego biochemika z Polski.
Biznes woli piłkę od nauki
Dlaczego nie polscy? Odpowiedź usłyszałam tydzień temu, na panelu dyskusyjnego z okazji 25 lecia Krajowej Izby Gospodarczej. Kilku bardzo znanych właścicieli firm z wielkimi sukcesami na koncie narzekało, jak to w Polsce strasznie nie ceni przedsiębiorców. A przecież oni tyle dobrego robią dla społeczeństwa - dają miejsca pracy, sponsorują ważne wydarzenia. W tym miejscu wstał prof. Łukasz Turski - współtwórca Centrum Nauki Kopernik. Od kilku lat organizuje Piknik Naukowy, największą w Europie imprezę popularyzującą naukę. Przez ten czas profesor chodził od gabinetu do gabinetu prezesów z listy 100 najbogatszych Polaków. Na próżno - mówił. Żadna duża polska firma nie chciała zostać sponsorem. Na piłkę kopaną polski biznes da pieniądze. Na naukę już niekoniecznie - narzekał Turski.

Cóż, w przyszłości polski biznesmen ogrzeje się przez chwilę w chwale piłkarza. Ale na dokonaniach młodego biochemika z Warszawy zarobi już brytyjska firma.
Trwa ładowanie komentarzy...