Koniec patentowej fikcji na uczelniach

Ministerstwo Nauki chce zmienić system oceny jednostek naukowych. Jak wczoraj zapewniała minister, ten nowy ma być lepszy, łatwiejszy i odpowiadać na potrzeby naukowców. Swoją drogą czy ktokolwiek słyszał, żeby minister wprowadzając nowe mówił, że od teraz będzie gorzej, trudniej, a nowe przepisy mają utrudnić życie obywatelom?

Nie wiem, czy w tym wypadku będzie łatwiej czy nie. Za to jest spora szansa, że nowe przepisy ukrócą patentową patologię na polskich uczelniach. O co chodzi? Otóż w końcu ministerstwo zdecydowało się na likwidację punktów za zgłoszenia patentowe. Ów punkt za zgłoszenie patentowe wprowadzono kilka lat temu licząc, że dzięki temu uczelnie zaczną zaspokajać potrzeby rynku. Są punkty za zgłoszenie wynalazku, więc naukowcy będzie zależało, żeby tworzyć wynalazki, a niekoniecznie pisać do szuflady.


Szkopuł w tym, że nikt w ministerstwie nie wziął pod uwagę kreatywności naukowców i dobrze rozwiniętych umiejętności interpretacji przepisów. Skoro punkty są za zgłoszenie, więc będziemy zgłaszać, a nie patentować - stwierdziły uczelnie i zasypały urząd patentowy wnioskami. W 2008 uczelnie wyższe zgłosiło ok. 770 patentów i wzorów użytkowych. W 2013 było ich ponad 1370. Prawie dwukrotny wzrost. Pięknie - nadzieje ministerstwa się spełniły, chciałoby się rzec. Problem w tym, że za zgłoszeniami nie szły wdrożenia. Uczelnie posyłały kolejne wnioski, a punkty na ich konto leciały, a potem w wielu wypadkach psa z kulawą nogą nie obchodziło, co się dzieje z wynalazkami. I najczęściej nic się nie działo. W sumie w latach 2009-2012 na 2539 patentów udzielonych uczelniom wyższym, wdrożonych zostało.. 104. Czyli 4 proc!

Liczę, że gdy wejdą nowe przepisy uczelniom przestanie zależeć na wnioskach patentowych. Zamiast tego zacznie zależeć na wdrożeniach.
Trwa ładowanie komentarzy...